O Marszu - Książka

Książka


Opowieść Stanisława Rawicza o ucieczce z sowieckiego łagru została spisana przez dziennikarza „Daily Mail” Ronalda Downinga i wydana w Wielkiej Brytanii w roku 1955. Niemal natychmiast stała się bestsellerem, przetłumaczonym wkrótce na wiele języków. Do dziś jest ona uznawana za jedną z najważniejszych książek podróżniczych w historii (53. miejsce na liście 100 przygodowych książek wszechczasów wg National Geographic). W Polsce z przyczyn politycznych nie mogła być opublikowana aż do upadku komunizmu i w związku z tym ta fascynująca historia ciągle pozostaje nieznana szerszemu odbiorcy. W „Długim marszu” autor przedstawił ucieczkę grupy więźniów z położonego w okolicach Jakuckaobozu pracy przymusowej numer 303. W skład wchodzili: Polacy Zygmunt Makowski (kapitan Korpusu Ochrony Pogranicza) i wachmistrz Antoni Paluchowicz (kawalerzysta), Jugosłowianin Eugeniusz Zaro (urzędnik), Łotysz Kolemenos, Litwin Zachariasz Marcinkovas (architekt), Amerykanin Mr Smith (autor twierdzi, że nikt nie znał jego imienia, a do łagru trafił, gdyż pracował jako inżynier przy budowie moskiewskiego metra i został oskarżony o szpiegostwo) i wreszcie sam Stanisław Rawicz, porucznik kawalerii oraz autor śmiałego plan. W trakcie wyprawy, nad Bajkałem, dołączyła do nich Polka Krystyna, uciekinierka z kołchozu, do którego została zesłana w ramach akcji przesiedleńczej. Więźniowie wydostali się zza obozowych drutów w połowie kwietnia 1941 r., dzięki pomocy żony komendanta obozu. Całą podróż odbyli pieszo (!) idąc przez Syberię, Mongolię, pustynię Gobi (tutaj z odwodnienia zmarli Krystyna oraz Makowski), Wyżynę Tybetańską (gdzie z wycieńczenia Marcinkovas) i wreszcie Himalaje (tu spadając w przepaść zginął Paluchowicz). Na „dachu świata” wędrowcy spotkali tajemnicze stwory, do złudzenia przypominające „człowieka śniegu” z tybetańskich legend. Na relacji Rawicza opierał się w swych poszukiwaniach yeti m.in. wybitny himalaista Reinhold Messner. Ostatecznie czwórka ocalałych śmiałków dotarła do Indii gdzie schronienia udzielili im Anglicy. Po rekonwalescencji Rawicz próbował wstąpić do Armii Andersa w Palestynie (II Korpus Polski), ale z uwagi na stan zdrowia dopiero w 1944 r. trafił do polskiego dywizjonu sił powietrznych w Wielkiej Brytanii. Z towarzyszami włóczęgi po raz ostatni widział się w szpitalu w Kalkucie i od tego momentu ich los pozostaje, zdaniem autora, całkowicie nieznany. Nieprawdopodobna historia epickiej ucieczki z łagru, przez wiele lat nie była kwestionowana przez historyków i badaczy . Dopiero w 2005 r. (w rok po śmierci Rawicza) dziennikarze telewizji BBC przeprowadzili wnikliwe badania historyczne w archiwach rosyjskich, białoruskich oraz w Instytucie Sikorskiego w Londynie, a dokumenty, do których dotarli, ujawniły zaskakującą prawdę. Z zebranych archiwaliów wynika, że Sławomir Rawicz istnieje dopiero od chwili spisania historii wielkiej ucieczki. Wcześniej pojawia się jedynie niejaki Rościsław Rusiecki, syn prawosławnego duchownego z Pińska, skazany na 25 lat łagru za zabójstwo oficera NKWD. Porównanie danych osobowych (w tym daty urodzenia) Rawicza i Rusieckiego wskazuje, że jest to jedna i ta sama osoba. Rusiecki vel Rawicz na mocy amnestii przewidzianej w pakcie Sikorski-Majski wstępuje w 1942 r. do armii polskiej w ZSRR, następnie wraz z II Korpusem Polskim trafia do Palestyny, bierze udział w działaniach zbrojnych i… tutaj ślad po nim się urywa, natomiast na scenę historii wkracza Sławomir Rawicz. Jeżeli Rusiecki jest Rawiczem, to nigdy nie uciekł z łagru, gdyż skorzystał z amnestii, a tym bardziej nie mógł po eskapadzie znaleźć się w 1942 r. w Indiach, bo wtedy przebywał już z Armią Andersa na Bliskim Wschodzie. Dla porządku należy dodać, że nazwisko Sławomir Rawicz nie figuruje na żadnej z list więźniów GUŁAG-u. Czyżby zatem wielka ucieczka okazała się wielką mistyfikacją, a dzielni uciekinierzy to tylko wymysł wybujałej wyobraźni Rusieckiego?

Otóż nie do końca. Ci sami dziennikarze BBC odnaleźli bowiem niejakiego Ruperta Marne’a, oficera brytyjskiego wywiadu, który opowiedział im pewną historię z czasów, gdy stacjonował w Kalkucie. Wtedy to przesłuchiwał trzech mężczyzn, którzy przedstawili mu identyczną opowieść jak ta spisana przez Rusieckiego vel Rawicza. Kłopot w tym, że nie pamiętał on nazwisk tych osób, a zatem nie istniała możliwość zweryfikowania owych rewelacji. I kiedy wydawało się, że tajemnica „Długiego marszu” może pozostać nierozwiązana, nagle w maju 2009 r. świat obiegła sensacyjna wiadomość. John Dyson, reporter magazynu „Reader’s Digest”, dotarł do relacji innego polskiego oficera, Witolda Glińskiego, który wyznał, że to właśnie on wraz z sześcioma towarzyszami (trzech polaków, Ukrainiec Batko, Jugosłowianin Zaro i Amerykanin Mr Smith) uciekł z syberyjskiego łagru i pieszo dotarł do Indii. Wydatnie pomogła mu w tym żona komendanta obozu, która ofiarowała spiskowcom buty i ciepłą odzież. A zatem Gliński to nikt inny tylko powieściowy Rawicz. W trakcie morderczej wędrówki zginęli wszyscy Polacy za wyjątkiem Glińskiego, który przeżył ten koszmar i po okresie rekonwalescencji wyjechał do Anglii. Tutaj wstąpił do I Korpusu Polskiego, brał udział w lądowaniu w Normandii i został raniony odłamkiem. Obecnie Witold Gliński ma 87 lat i mieszka wraz z żoną Angielką w Kornwalii. Dlaczego jednak nigdy nie zdemaskował człowieka, który ukradł mu tak niezwykłą historię? Oficer twierdzi, że wracanie do wojennego koszmaru było zbyt bolesne i dopiero pod wpływem powszechnego zainteresowania tą opowieścią postanowił ujawnić prawdę. Z jego słów wynika, że Rawicz mógł dowiedzieć się o ucieczce z relacji, którą Gliński sporządził w ambasadzie polskiej w Londynie. Na dodatek jego relacja pokrywa się z tą przedstawioną przez Ruperta Marne’a. W świetle tych ustaleń wydaje się, że po latach wreszcie udało się odnaleźć prawdziwego bohatera „Długiego marszu”. Najnowsze badania historyczne pokazują, że chociaż Sławomir Rawicz prawdopodobnie był oszustem, który przywłaszczył sobie cudzą historię, to jednak wielka ucieczka rzeczywiście miała miejsce. Niezwykła odwaga i pragnienie wolności opisane w „Długim marszu” nie są bynajmniej wymysłem autora, ale świadectwem prawdziwego bohaterstwa zwykłych ludzi.     Powrót